Zupa owocowa z makaronem
Zupa owocowa była jednym z tych dań, które trudno było przyjąć obojętnie. Jedni czekali na nią przez całe lato, inni do dziś krzywią się na samo wspomnienie. Dla jednych smak lata, dla innych obiad, którego nigdy nie udało się polubić. Najczęściej była wiśniowa, truskawkowa, jagodowa albo z mieszanych owoców. Podawano ją z makaronem, czasem ze śmietaną, czasem na ciepło, a czasem dobrze schłodzoną.
Dla wielu dzieci to danie było bardziej deserem niż obiadem, ale w środku lata nikt specjalnie się tym nie przejmował. Po zabawie na podwórku, jeździe na rowerze, skakaniu po trzepaku albo przedpołudniu spędzonym u babci taka zupa szybko znikała z talerza. Często robiło się ją z owoców z kompotu: wiśni, truskawek, jabłek albo śliwek, które pływały między makaronem i nadawały całości ten charakterystyczny smak.
Makaron z truskawkami, twarogiem i śmietaną
Jeśli jakieś danie potrafiło zamienić zwykły obiad w słodkie wspomnienie, to właśnie makaron z truskawkami. Ugotowany makaron, świeże owoce, śmietana, trochę cukru i czasem twaróg. Niby nic wielkiego, a jednak dla wielu osób to jeden z najbardziej rozpoznawalnych smaków dzieciństwa.
W jednych domach truskawki rozgniatało się widelcem niemal na mus. W innych zostawiano większe kawałki, żeby owoce było czuć pod zębami. Śmietana mieszała się z sokiem, cukier przez chwilę chrzęścił, a makaron szybko robił się różowy i słodki. To był ten rodzaj obiadu, przy którym dzieci rzadko pytały, czy naprawdę trzeba zjeść do końca.
To danie pokazuje, jak inaczej myślało się kiedyś o gotowaniu. Obiad nie musiał mieć mięsa, sosu i skomplikowanych dodatków. Miał nakarmić rodzinę, wykorzystać to, co było pod ręką, i pasować do pogody. Latem sprawdzały się dania szybkie, mleczne, owocowe albo półsłodkie.
Dziś makaron z twarogiem może brzmieć jak kulinarna ciekawostka z dawnych lat. Dla wielu osób nadal jest jednak smakiem wakacji u babci, kolonii, działki albo dnia, w którym nikt nie liczył kalorii, tylko czekał na dokładkę.
Kotlety jajeczne
Kotlety jajeczne były proste, tanie i bardzo domowe. Robiło się je z jajek na twardo, bułki tartej, cebulki, szczypiorku albo koperku. Do tego ziemniaki, mizeria, marchewka z groszkiem albo surówka i obiad był gotowy.
Dziś wiele osób wraca do takich dań z zaskoczeniem, bo przypominają kuchnię bez marnowania. Nic nie musiało być efektowne. Liczył się smak, sytość i to, żeby z kilku zwykłych składników zrobić coś, co da się podać całej rodzinie. Kotlety jajeczne miały chrupiącą skórkę, miękki środek. Ten zapach od razu przywołuje kuchnię z dzieciństwa.
Niektórym kojarzą się ze szkolną stołówką, wczasami z rodzicami, innym z piątkiem bez mięsa. I właśnie dlatego dobrze pasują do listy letnich dań z dzieciństwa. Były zwykłe, ale zapamiętywało się je na lata.
Chłodnik, który pachniał latem
Chłodnik nie zawsze był dziecięcym faworytem. Miał kwaśny smak, różowy kolor, koperkowy zapach i jajko na wierzchu, więc część dzieci podchodziła do niego ostrożnie. Dorośli cenili go za coś innego: za świeżość, lekkość i to, że w upał nie trzeba było jeść ciężkiego, gorącego obiadu.
Najczęściej robiło się go z botwinki, ogórka, koperku, kefiru, maślanki albo zsiadłego mleka. W wielu domach chłodnik dojrzewał w lodówce, a najlepszy był po kilku godzinach, gdy smaki się połączyły. Podawany z jajkiem i młodymi ziemniakami potrafił być pełnym, letnim obiadem.
To jedno z tych dań, do których często dorasta się z wiekiem. Jako dziecko można było kręcić nosem, a po latach nagle docenić, że nic tak dobrze nie pasuje do gorącego dnia jak zimna, kwaśna zupa z koperkiem.
Młode ziemniaki z koperkiem
Młode ziemniaki z masłem i koperkiem nie potrzebowały wielu dodatków. Czasem wystarczało jajko sadzone, kefir, maślanka albo mizeria. Były delikatne, lekko słodkawe i pachniały tak, jak pachnie tylko początek lata.
W wielu domach to był obiad idealny na gorący dzień. Prosty, szybki i sezonowy. Ziemniaki obierało się cienko albo tylko skrobało, potem lądowały w garnku, a na końcu dostawały masło i dużą garść koperku. Ten zapach potrafił wypełnić całą kuchnię.
Dziś młode ziemniaki wracają co roku, ale dla osób wychowanych w latach 80. i 90. mają dodatkową warstwę wspomnień. Kojarzą się z wakacjami, działką, obiadem po powrocie z podwórka i talerzem, na którym nie musiało być wiele, żeby było dobrze.
Babka ziemniaczana. Cięższa, ale swojska i zapamiętywana na długo
Babka ziemniaczana nie była lekka jak chłodnik ani słodka jak makaron z truskawkami. Była konkretna, sycąca i bardzo domowa. Pachniała tartymi ziemniakami, cebulą, pieprzem i przypieczonymi brzegami, o które często toczyły się małe rodzinne spory. W wielu domach dodawano do niej boczek, kiełbasę albo skwarki, dzięki czemu była jeszcze bardziej treściwa. Jedni jedli ją ze śmietaną, inni z kefirem, a najlepiej smakowała wtedy, gdy ktoś ukroił jeszcze ciepły kawałek prosto z blachy.
To danie było bardzo konkretne. Nie udawało lekkiej przekąski ani nowoczesnej zapiekanki. Miało nakarmić, nasycić i wykorzystać ziemniaki, które w polskiej kuchni odgrywały główną rolę przez większą część roku. Latem babka pojawiała się szczególnie tam, gdzie gotowało się dużo, rodzinnie i bez przesadnego kombinowania.
Najlepsze były chrupiące brzegi. To o nie często toczyły się małe domowe spory. Środek był miękki, wilgotny i cięższy, brzegi złote, bardziej przypieczone. Właśnie takie szczegóły zostają w pamięci najmocniej.
Parzybroda. Zupa z kapusty, którą pamiętają głównie starsze roczniki
Parzybroda to nazwa, przy której wiele osób zatrzymuje się od razu. Brzmi zabawnie, trochę staroświecko i bardzo swojsko. To prosta zupa z kapustą i ziemniakami, często kojarzona z kuchnią domową, wiejską i oszczędną. Nie była elegancka, ale była sycąca i konkretna.
W zależności od domu robiło się ją trochę inaczej. Jedni pamiętają wersję z młodej kapusty, inni bardziej treściwą, z dodatkiem mięsa albo boczku. Najważniejsze były kapusta, ziemniaki i smak dobrze doprawionej, gorącej zupy, która potrafiła nakarmić całą rodzinę bez wielkich wydatków.
Parzybroda nie ma dziś takiej popularności jak chłodnik czy młode ziemniaki, ale właśnie dlatego jest ciekawa. To jedno z tych dań, które przypominają, że dawna kuchnia była sezonowa, prosta i bardzo praktyczna. Gotowało się z tego, co było w ogródku, spiżarni albo na targu.
Te obiady nie były modne. Były nasze
Letnie obiady z dzieciństwa nie wyglądały jak z restauracyjnego menu. Czasem były słodkie, czasem kwaśne, czasem cięższe, a czasem tak proste, że dziś trudno uwierzyć, że wystarczały za pełny posiłek. Zupa owocowa z makaronem, makaron z truskawkami, kotlety jajeczne, chłodnik, młode ziemniaki, babka ziemniaczana i parzybroda nie próbowały być modne. Pojawiały się wtedy, gdy lato było w pełni, w kuchni pachniało koperkiem, a obiad miał być prosty, sycący i bez zbędnego wymyślania.
Dziś można się uśmiechnąć na wspomnienie tych obiadów. Zupa owocowa z makaronem, makaron z truskawkami, parzybroda czy babka ziemniaczana nie musiały wyglądać elegancko ani pasować do współczesnych kulinarnych trendów. Miały jednak coś, czego nie da się łatwo odtworzyć: zapach kuchni w środku lata, talerz postawiony po powrocie z podwórka i poczucie, że z prostych składników można było zrobić cały obiad. Może właśnie dlatego te smaki wracają po latach tak mocno. Nie były idealne. Były nasze.